W świecie, w którym przepisy coraz mocniej ograniczają swobodę twórczą inżynierów, a dźwięk silnika V12 coraz częściej ustępuje miejsca syntetycznym odgłosom i szumowi elektryki, powstał samochód, który odrzuca te ograniczenia z pełną premedytacją. GMA T.50s, zaprezentowany w roku 2023, to nie ewolucja. To rewolucja. To czysta, nieskrępowana maszyna stworzona do jednego celu – osiągnięcia absolutnej, analogowej perfekcji na torze. Bez norm hałasu. Bez filtrów. Bez zbędnych kilogramów. To samochód, który nie udaje. On wrzeszczy swoją tożsamość każdą nutą wolnossącego V12, który nie musi już nikomu się tłumaczyć.

Za projektem T.50s stoi człowiek, który w świecie motoryzacyjnym nie potrzebuje przedstawienia – Gordon Murray. Jego nazwisko kojarzone jest przede wszystkim z bolidem Brabham BT46B oraz legendarnym McLarenem F1. Ale w T.50s idzie jeszcze dalej. Jeśli T.50 był manifestem idealnego samochodu drogowego, to wersja T.50s – nosząca przydomek „Niki Lauda” – jest bezkompromisową bestią stworzoną tylko i wyłącznie do jazdy po torze. Nazwa modelu to hołd dla austriackiego mistrza Formuły 1, który prowadził samochody Murraya do zwycięstwa w latach siedemdziesiątych. Ten samochód nie zna kompromisów. Nie potrzebuje ich. Został zaprojektowany, by wyzwalać emocje w najczystszej formie.
Z zewnątrz T.50s różni się od drogowego T.50 w sposób zauważalny już na pierwszy rzut oka. Olbrzymie tylne skrzydło, agresywny dyfuzor, aerodynamiczne płetwy boczne i karbonowe elementy nadwozia służą tylko jednemu celowi – zapewnieniu maksymalnego docisku. Łączna siła aerodynamiczna przekracza 1500 kilogramów przy wysokich prędkościach, a cały samochód generuje tyle przyczepności, że fizyka zaczyna się uginać pod jego siłą. Wentylator umieszczony z tyłu, podobnie jak w modelu drogowym, wspomaga przepływ powietrza pod podłogą, tworząc efekt podciśnienia znany z bolidów Formuły 1. Różnica polega na tym, że tutaj wszystko może działać z pełną mocą, bez regulacyjnych ograniczeń. Efekt? Samochód, który nie tyle trzyma się asfaltu, co wręcz do niego przylega.
Sercem T.50s jest ten sam silnik V12 co w wersji drogowej, lecz dopracowany do granic możliwości. Wolnossąca jednostka o pojemności 3,9 litra, stworzona przez Coswortha, w wersji torowej generuje aż 735 koni mechanicznych i kręci się do absurdalnych 12 100 obrotów na minutę. Nie ma tu żadnych tłumików, filtrów cząstek stałych ani wygłuszeń – tylko rury, metal i czysta mechaniczna furia. Dźwięk tej jednostki to nie tylko brzmienie. To doświadczenie, które przenika do kości. W kabinie nie ma wyciszenia. Nie ma też systemów wspomagania jazdy. Każde wciśnięcie pedału gazu przenosi kierowcę w świat, w którym liczy się wyłącznie reakcja, czucie i refleks.
T.50s nie posiada skrzyni manualnej jak wersja drogowa. Zamiast niej zastosowano sześciobiegową skrzynię sekwencyjną, która zmienia przełożenia z wyścigową brutalnością. Każde zredukowanie biegu to moment szarpnięcia, eksplozji obrotów i natychmiastowego transferu momentu obrotowego na tylne koła. Zawieszenie zostało przeprojektowane względem wersji drogowej. Amortyzatory, stabilizatory i geometryczne nastawy są w pełni regulowane, tak by kierowca i zespół mogli dostosować charakterystykę auta do konkretnego toru. Hamulce węglowo-ceramiczne mają średnicę godną bolidów wyścigowych i pozwalają zatrzymać auto w odległościach trudnych do uwierzenia. Wszystko to przy masie zaledwie 852 kilogramów – mniejszej niż jakikolwiek współczesny hipersamochód.
Wnętrze T.50s przypomina kokpit samolotu bojowego. Centralna pozycja kierowcy została zachowana, ale usunięto wszystkie elementy komfortu. Nie ma wyświetlaczy multimedialnych, nawiewów, systemów audio. Jest tylko cyfrowa deska rozdzielcza z najważniejszymi informacjami, sekwencyjna dźwignia zmiany biegów i karbonowa kierownica bez wspomagania. Fotel wyścigowy z wielopunktowymi pasami trzyma ciało w miejscu nawet przy przeciążeniach sięgających 2,5 g. Wnętrze zostało stworzone do jednego celu – maksymalnego skupienia kierowcy na jeździe. Nic więcej się tu nie liczy.
T.50s powstanie w liczbie zaledwie 25 egzemplarzy. Każdy z nich przeznaczony będzie wyłącznie do jazdy torowej. Nie chodzi jednak o ściganie się na czas z innymi. To samochód dla purystów. Dla tych, którzy chcą poczuć, czym była motoryzacja, zanim została ujarzmiona przez normy hałasu i emisji. To wehikuł przenoszący kierowcę w czasy, gdy liczyło się tylko prowadzenie, odwaga i precyzja.
GMA T.50s to manifest. To nie jest auto dla kolekcjonerów, którzy nigdy nie wyjadą poza garaż. To samochód dla kierowców z duszą. Dla ludzi, którzy w dźwięku silnika V12 odnajdują prawdę. Dla tych, którzy rozumieją, że najczystsza forma radości z jazdy nie potrzebuje asystentów, komputerów ani efektów specjalnych. Potrzebuje tylko kierownicy, pedału gazu i toru.
















