Pisze kolejny już raz o Strefie Czystego Transportu bo to nie jest żadna neutralna, techniczna regulacja. To jest decyzja, która mówi części ludzi „was po prostu nie stać, więc was nie chcemy”. I nie opowiadajmy sobie bajek, że chodzi tylko o normy, tabelki i wykresy. Chodzi o pieniądze, o to kto ma nowe auto, a kto ma 10-letniego diesla kupionego za oszczędności życia. Dosadnie pokazuje kto mieszka w centrum i może wszędzie dojść pieszo lub rowerem, a kto musi codziennie dojechać kilkanaście a nawet kilkadziesiąt kilometrów do pracy, bo tam akurat jest jego życie.

W teorii wszyscy jesteśmy równi wobec prawa. W praktyce tworzy się strefy, do których wjazd mają tylko ci, których stać na „odpowiedni” samochód. To nie jest równość. To jest selekcja ekonomiczna. Nowoczesna, elegancka, zapisana w uchwale, ale nadal drastyczny podział społeczeństwa. I najbardziej boli to, że to się dzieje w kraju, w którym ludzie latami musieli wywalczyć sobie podstawowe poczucie sprawiedliwości. Nic nie było dane ani w PRL, ani po 1989 roku. Każda większa zmiana była efektem nacisku, społecznej presji, zorganizowanego sprzeciwu.
Władza nigdy nie budzi się rano z myślą „może dziś ograniczymy własne kompetencje”. Władza działa tak długo, jak długo nie widzi realnej reakcji. Liczy, że ludzie ponarzekają w internecie, pokręcą głową, poirytują się przy obiedzie i nic więcej nie zrobią. No i w sumie tak się aktualnie dzieje!
Oglądając ostatnio serial „Ołowiane dzieci” miałem jedno wrażenie – pewne mechanizmy się nie zmieniają. Zmieniają się dekoracje, zmienia się język, ale zasada pozostaje ta sama – pojedynczego człowieka łatwo zignorować. Tłumu już trudniej!
I dziś znowu jesteśmy w miejscu, w którym testuje się, ile społeczeństwo zniesie. Czy zaakceptuje fakt, że dostęp do części miasta zależy od rocznika auta. Czy przyjmie jako „naturalne”, że jeśli cię nie stać na wymianę samochodu, to twój problem. Już kiedyś słyszeliśmy ten tekst „jak Cię nie stać na mieszkanie to weź kredyt”. Tak było, teraz do sprawy podchodzi się tak samo. Brak szacunku do ludzi, ich ciężkiej pracy bo przecież zawsze można powiedzieć „świat idzie do przodu, trzeba nadążać”. Tylko że nie każdy startuje z tej samej pozycji. Jedni mają leasing, dopłaty, firmowe floty. Inni mają kredyt hipoteczny, rachunki i auto, które kupili kilka lat temu jako rozsądny kompromis za ostatnie pieniądze.
SCT w obecnym kształcie pogłębia podział na tych, którzy mogą i tych, którzy nie mogą. Na tych, których stać na „ekologię” i tych, którzy najpierw muszą zapłacić za życie. To nie jest wspólna transformacja to jest przerzucenie kosztów na słabszych. A gdzie w tym wszystkim jest konstytucyjna zasada równości? Gdzie jest refleksja, że prawo nie powinno tworzyć barier wyłącznie ekonomicznych? Gdzie jest ktoś, kto powie „chwila, to zaczyna pachnieć dyskryminacją majątkową?” – może Prezydent jako alternatywa do obecnych włodarzy?
Najgorsze jest to przyzwyczajenie i przekonanie, że „i tak nic się nie zmieni”. Przecież decyzje zapadają ponad nami, że nie mamy wpływu i trzeba się dostosować. Właśnie na to władza liczy. Na zmęczenie, obojętność i zrezygnowanie. Na brak solidarności między tymi, których już stać, a tymi, których nie stać. Dopóki każdy myśli tylko o sobie, dopóty system może iść dalej. A rząd się przecież wyżywi.
SCT to nie jest tylko kwestia ruchu drogowego, to jest pytanie o kierunek państwa. Czy będzie ono tworzyć rozwiązania, które realnie uwzględniają możliwości obywateli, czy takie, które premiują wyłącznie tych z grubszym portfelem.
Sprawiedliwość w Polsce nigdy nie była prezentem. Zawsze była efektem presji. Pytanie brzmi, czy dziś jeszcze pamiętamy, że obywatel to nie petent i czy rozumiemy, że jeśli raz zgodzimy się na ekonomiczne wykluczenie w jednej sprawie, jutro może ono dotyczyć kolejnej.
Może to czas, aby znów stać się masą wywierającą presje?
















